środa, 17 maja 2017

Rozdział 1

Obudziłam się jak zwykle o dziewiątej trzydzieści. Zawsze wstawałam dokładnie o tej godzinie, ponieważ w każdą środę o dziesiątej wychodziłam z Thomasem na miasto. Dziś jednak nie miałam po co szykować się do wyjścia. Tommy'ego już nie było.
   Minęły dwa tygodnie odkąd wyjechał. W ciągu tego czasu rozmawiałam z nim może trzy razy. Za każdym razem przepraszał, że nie ma dla mnie zbyt wiele czasu. Rozumiałam to, w końcu spełniał marzenia. Dostał rolę w filmie "John Lennon ; Chłopak znikąd". Miał wcielić się w postać Paul'a McCartney'a, jednego z członków The Beatles. Wciąż nie mogłam w to uwierzyć. Thomas jednym z Beatles'ów? Niewiarygodne. Już wkrótce miałam zobaczyć swojego przyjaciela na wielkim ekranie. To było takie ekscytujące, a zarazem frustrujące. Co jeśli zdobędzie grono napalonych fanek?
   Nie ukrywam, było mi ciężko. Nie wiedziałam, przez ile czasu go nie zobaczę. Gdybym chociaż znała datę, mogłabym ją odliczać, każdego dnia skreślać kolejne cyfry w kalendarzu. Lecz nie, mi nie dano tej możliwości i musiałam zdać się na łaskę lub niełaskę losu. Tommy nie wiedział dokładnie, kiedy będzie mógł przyjechać do Southwark. Zależało to od tego, jak długą będzie miał przerwę w zdjęciach, jeżeli w ogóle będzie ją miał. Z naszej niedługiej rozmowy telefonicznej wynikło, iż bardzo podoba mu się Nowy York, ludzie na planie są sympatyczni, dobrze się czuje w roli aktora. Jego szczęście było moim szczęściem. Jak to powinno być w przyjaźni.
     O dziesiątej jadłam już śniadanie z moją mamą. Stwierdziłam, ze nie warto marnować dnia i pomyślałam, by przejść się potem po mieście. Może spotkam kogoś znajomego.
— Jak się czujesz? — Spytała mama smarując kromkę chleba, między czasie odgarniając kosmyki z ramion. Miała piękne, brązowe włosy, których jej szczerze zazdrościłam. Moje były rude i nieco zniszczone na końcach.
— A czemu pytasz? — Zadałam, nie patrząc na nią i maltretując resztę sałatki, pozostałej na moim talerzu.
— Po prostu — odpowiedziała luźno, kładąc nóż obok talerzyka.
— Nie wiem — Westchnęłam cicho, biorąc do ręki soczyste jabłko, jedno z wielu leżących w wiklinowym koszu na środku stołu — Brakuje mi go, mamo — Wzięłam kęs słodkiego owocu i podparłam brodę wolną dłonią.
  Mama potrząsnęła głową i powiedziała ;
— Przyjedzie szybciej niż ci się wydaje.
Spojrzałam na rodzicielkę wzrokiem pełnym wątpliwości, lecz ona uśmiechnęła się ciepło i poszła do kuchni. Czasami wydawało mi się, że w ogóle mnie nie rozumie.
   W mojej kieszeni wyczułam ruch. Dostałam wiadomość. Zwinnym ruchem wyciągnęłam telefon z kieszeni jeansów i odblokowałam ekran.

  Thomas; Dopiero wróciłem z planu. Padam na twarz. Dobranoc, rudzielcu :*



     Skrzywiłam się, po czym zdałam sobie sprawę ze zmian stref czasowych. Nowy York jest pięć godzin do tyłu, czyli u Thomas'a jest gdzieś po godzinie piątej. Oh, Tommy, w co ty się wpakowałeś, przecież ty kochasz spać - tak jak ja, pomyślałam i zaśmiałam się cicho.


 Przez różnicę czasu ciężko było znaleźć moment, w którym Thomas miałby chwilę, by porozmawiać o normalnej dla nas obojga porze. Pięć godzin różnicy to jednak dość sporo.
— Ava dziś przyjdzie? — spytała mama, przechodząc przez salon z miotełką do ścierania kurzu. Niczym perfekcyjna pani domu.
— Wątpię. Z tego co wiem, jest już z kimś umówiona — Oparłam się o ścianę. Tak naprawdę nie była z nikim umówiona... a może była. Bo tak szczerze mówiąc nie wiedziałam. Powiedziałam to na odczepnego.
— Zupełnie jak jej brat — Zamyśliła się na chwilę — Wszędzie jej pełno. Nie potrafi usiedzieć w miejscu.
  Miała rację. Ava i Thomas byli pod tym względem do siebie bardzo podobni. Nie lubili przesiadywać całymi dniami w domu. Woleli wychodzić na miasto, spotykać się z ludźmi. Tommy ze mną i swoimi kolegami, a Ava z przyjaciółkami z równoległych klas. Nigdy nie byłam z nią szczególnie blisko. Lubiłyśmy się, ale to byłoby chyba na tyle.  Może to dlatego, że o wiele bardziej dogadywałam się z chłopcami, przez co miałam więcej kolegów, niż koleżanek. Nie lubiłam rozmawiać o lakierze do paznokci, czy też popowych wokalistach. Ja kochałam motocykle, rocka i dobre jedzenie. 
   Moja mama natomiast pałała ogromną sympatią do Avy  Często zapraszała ją do nas na kawę bądź ciasto. Obie lubiły plotkować, więc świetnie się dobrały. Ja nie miałam takiego kontaktu z mamą. Nie lubiłam mówić jej o swoim życiu, problemach, Od tego miałam Thomasa, któremu i tak nie mówiłam wszystkiego, żeby nie obarczać go moimi zmartwieniami. A teraz i jego zabrakło.
***
— Poproszę małą filiżankę latte macchiato — Zwróciłam się w stronę kelnerki.
 Siedziałam wraz z  Josh'em w "LafCaffe", jednej z moich ulubionych kawiarenek. Subtelny aromat wanilii i mielonej kawy unosił się lokalu, wprawiając mnie w dobry nastrój. Miałam szczęście, że spacerując po mieście spotkałam Josha. Nie lubiłam sama przesiadywać w miejscach publicznych.
— A dla pana? — Zwróciła się do mojego towarzysza.
— Mokke z dodatkową pianką, poproszę
Rzucił niedbale i nieco flegmatycznie.
 Gdy kelnerka zniknęła za barem, wznowiliśmy rozmowę.
—- Czyli nie masz z nim kontaktu? — Dopytywałam bruneta. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, Rose...
—- Mieć mam — Podrapał się po brodzie — Ale doskonale wiemy, że to nie to samo. On ma swoje nowe życie, a ja swoje.
— Chciałabym mieć takie samo podejście — Potrząsnęłam głową — Cholernie mi go brakuje.
—- Rosie — Urwał na chwilę — To nie tak, że mi go nie brakuje. Męska przyjaźń jest inna od tej waszej babskiej. Nie zrozumiesz tego i chyba nawet nie chciałabyś zrozumieć — Przejechał palcem po krawędzi dębowego stołu.
— Może i masz rację — Podparłam dłonią brodę, w oczekiwaniu na mój kawowy napój.
     Do stolika ponownie podeszła kelnerka, tym razem z naszymi zamówieniami. Moje latte macchiato pachniało wspaniale, a smakowało jeszcze lepiej. Tego było mi trzeba. Słodkiej kawy i rozmowy z kimś bliskim. Josh był jednym z przyjaciół Tommy'ego, ale także i moim. Chodź czasami ostro się sprzeczaliśmy, nasza przyjaźń zawsze wychodziła z tego obronną ręką. I to mnie cieszyło. Czasami miewałam swoje nastroje, o czym wszyscy doskonale wiedzieli, ale poza Thomasem, tylko Josh potrafił sprowadzić mnie na ziemię. Teraz, gdy nie ma Parkera, tylko on mi pozostał.
— Jak twoja babcia? — Zagadnęłam go po chwili ciszy.
— Nieco lepiej — Upił łyk kawy — Więcej się rusza. Mówi, że już nie czuje ciężaru na płucach.
— To dobrze — Uśmiechnęłam się ciepło, co chłopak odwzajemnił. Lubiłam jego babcię. Była bardzo pogodną kobietą, dopóki nie zaczęła mieć problemów z płucami. Niestety, papierosy bardzo się do tego przyczyniły. Przeklinałam dzień, w którym ja sięgnęłam po pierwszą używkę. Miałam wtedy chyba z czternaście lat. Pamiętam, jaki opieprz dostałam od Thomasa. Teraz mnie to śmieszy, ale wtedy bałam się, że się na mnie pogniewa. Gdy był zdenerwowany, jego mina bywała naprawdę przerażająca. Wtedy na mnie krzyczał, a teraz sam pali!
— Nad czym tak myślisz?
— Nad niczym — Skłamałam, chcąc nie wracać do tematu Thomasa.
— Uważaj, bo uwierzę — Zaśmiał się i, ku mojej uciesze, nie dociekał, co zajmowało moje myśli.
       Wychodząc z lokalu zauważyłam, że Josh poprawia swój podkoszulek w lustrze. Kurczę, gdyby nie był moim przyjacielem, prawdopodobnie obejrzałabym się za nim na ulicy. Był wysportowany, opalony, z burzą średniej długości falowanych, brązowych włosów. Miał ładne, szare oczy. Połowa dziewczyn z mojej klasy szalała za nim. I w sumie im się nie dziwię.
— Tak, tak, piękny jesteś — Zaśmiałam się — Idziemy.
I wyszliśmy z kawiarenki.
 Nagle ogarnęła mnie myśl, jak dziwnie byłoby chodzić z Joshem. Znając wszystkie upokarzające fakty z jego życia...Nie, za żadne pieniądze! Nieświadomie się zaśmiałam, co nie umknęło uwadze McMillana.
— Co cię tak cieszy?
— Zastanawiałam się, jak to było być z tobą w związku.
Josh chwilowo stanął, zmrużył oczy i przestąpił z lewej nogi na prawą.
— Spokojnie! — Wyciągnęłam ręce w geście obronnym — Znając większość twoich sekretów nie byłabym w stanie — Wybuchnęłam śmiechem. On doskonale wiedział, które sekrety mam na myśli. Na przykład, gdy miał dziewięć lat, pies sąsiadów gonił go po dzielnicy, zrywając z niego letnie spodenki z hawajskim motywem. A biedak nie miał nic pod spodem. Dlaczego ja to musiałam zobaczyć? Albo, gdy mając piętnaście lat upił się w Nowy Rok, a następnie zwrócił całą zawartość żołądka na ulicę, przed domem moim i Thomasa. A ja musiałam to oglądać każdego kolejnego dnia, dopóki deszcz nie zmył tego z jedni, ponieważ nikomu nie przyszło do głowy, by to sprzątnąć. Tyle chyba wystarczyło...
— Bogu dzięki, że jesteś jedyną dziewczyną, która widziała najbardziej żenujące sceny z mojego życia — objął mnie przyjacielsko ramieniem i ruszyliśmy w stronę mojego domu.

poniedziałek, 20 marca 2017

Prolog

Stałam oparta o szybę i wpatrywałam się w podjazd sąsiadów. Stało tam czarne, sportowe auto, a obok niego mężczyzna w średnim wieku. Nieco przygarbiony, z lekką, aczkolwiek widoczną, siwizną. Pakował do bagażnika ostatnie torby, robiąc niewielkie przerwy na otarcie potu z czoła. Był środek upalnego lipca. W progu domu pojawiła się drobna osoba pani Tashy ze szklanką lemoniady w ręku, opierająca się o framugę drzwi i wpatrująca się w męża. Gdy tylko ją zauważył, zachęcony gestem ręki, podszedł do niej i wypił przyniesiony przez nią napój. Byli dobrym małżeństwem. Wiedziałam o tym od małego. Nie potrafiłam do końca wyjaśnić, dlaczego tak uważałam, ale tak było.
    Za małżeństwem pojawił się Thomas. Mój Tommy, z którym znam się od dziecka, z którym wygłupiałam się, żartowałam, przytulałam i kłóciłam. Ten, który ocierał moje łzy i rozweselał mnie przy najbliższej okazji. Chłopak, który nienawidził tarmoszenia jego włosów, oraz mówienia do niego Tommy, chodź dla mnie robił wyjątek. Tak, to był on. Stał zmieszany przy rodzicach, zbierając zapewne myśli. Z jednej strony czekała go szansa na spełnienie marzeń o aktorstwie, a z drugiej, była jego rodzina, ja i myśl, że musi nas opuścić. Nie chciałam żeby wyjeżdżał. Naprawdę tego nie chciałam. I chodź wiedziałam, że to egoistyczne, wolałam, by został w Southwark, ze mną. Był dla mnie jak starszy brat, ktoś, kogo nigdy nie miałam, kto był balsamem na moje rany. A teraz miał wyjechać za ocean i mieszkać w Nowym Yorku. Zawsze o tym marzył.
     Spojrzał przelotnie w stronę mojego domu, a gdy spostrzegł, że stoję przy oknie, spojrzał na mnie z nadzieją i czymś jeszcze, czego nie potrafiłam wtedy rozszyfrować. Nie zastanawiając się, ubrałam trampki i wyszłam z domu, przechodząc na drugą stronę drogi. Moje usta ułożyły się w wąską linię, a brwi zmarszczyły. To był znak, że zaraz zacznę płakać.
- Rose... - Chyba chciał coś powiedzieć, ale nie zwróciłam na to uwagi. Wtuliłam się w tors chłopaka, po czym łzy spłynęły strumieniami po policzkach, jednocześnie mocząc Tommy'emu koszulkę. Mówiłam sobie w myślach, że muszę być silna i się otrząsnąć, że przecież on o mnie nie zapomni i wciąż będziemy przyjaciółmi. Ale ja jak głupia płakałam, ponieważ nie zobaczę go przez...nawet nie wiem ile. Kilka tygodni? Miesięcy? Lat? Komunikatory to nie to samo, co normalne spotkanie. Przez Skype'a go nie przytulę, a on z sms'ów nie wyczuje momentu, w którym będzie mi smutno, ponieważ będę mogła to zatuszować. Stwarzać pozory, że jest dobrze, co nie udawało mi się w realnym życiu, ponieważ zawsze widział, kiedy coś się ze mną działo. Cały Thomas.
- Musisz jechać, prawda? - zaśmiałam się przez łzy, zdając sobie sprawę z mojego głupiego pytania.
Tommy również się zaśmiał, lecz nieco ciszej.
- Zobaczymy się tak szybko, jak to będzie możliwe - powiedział, doskonale wiedząc, że właśnie to chciałam usłyszeć i pogłaskał mnie po włosach. Tak jak wtedy, gdy mieliśmy po trzynaście lat. Od tamtego czasu uwielbiał to robić. Twierdził, że moje włosy są tak miękkie w dotyku, że to robi się naprawdę uzależniające. Zaśmiałam się nieznacznie na tę myśl.
   Złapałam go za rękę. Wyglądało to nieco śmiesznie. Moje drobne rączki w jego wielkich dłoniach.
- Tommy...
- Hmm?
- Obiecaj mi...- wyciągnęłam do niego dłoń, składając ją w pięść i wystawiając malutki palec - Że nigdy nie zapomnisz o naszej przyjaźni.
On uśmiechnął się ciepło i powiedział ;
- Obiecuję.
- Przyjaźń na zawsze? - przybliżyłam dłoń do jego torsu.
- Na zawsze - złączył nasze małe palce w haczyki, na znak przysięgi.
      Pan Mark Sangster gestem ręki dał synowi do zrozumienia, że pora jechać. Thomas przytulił mnie ten ostatni raz, a ja po chwili patrzyłam, jak wsiada do samochodu i odjeżdża w prażącym słońcu.
- Do zobaczenia, Tommy - pomachałam mu, chodź on już z pewnością tego nie widział.